Uśmiech młodszego lejtnanta
«Jeńcem» okazał się być niemiecki starszy szeregowiec. Ogłuszyli go, w usta wcisnęli knebel, а następnie bezdusznie powlekli w tył. Odciągnęli Niemca niecałe sto metrów i uciszyli na wieki. Nieszczęście: Pietrowicz wysadził się na PPM-ce. To nie do «jeńca»: szybciej, ewakuować rannego dowódcę plutonu na tyły.

Młodszy lejtnant Anatolij Mironow leżał nieruchomo wbiwszy twarz w śnieżną kaszę. Zwiadowcy ostrożnie odwrócili go na plecy i wraz jęknęli. Odłamki niemieckiej miny przeciwpiechotnej posiekały dowódcy lewą nogę, pachwinę i brzuch.

Liocha przyłożył ucho do piersi plutonowego.

— Oddycha? — odezwał się z ciemności drugi zwiadowca, Nikołaj.

— Oddycha, oddycha! — Aleksiej odsunął głowę od piersi Anatolija. — Opatrzyć nie ma czym! Słuchaj, może u szkopa coś się znajdzie?

«Jeniec» z poderżniętym gardłem i kneblem w ustach leżał obok. Jego twarz przyprószył śnieg. Ten na policzkach i czole nie topniał, а gromadził się, okrywając ciało zaspą.

Nożem Aleksiej przeciął rzemyki obejmujące rulon i rozłożył zielony niemiecki koc. Pokroiwszy go na paski, zwiadowcy rozpruli płaszcz maskujący rannego i owinęli jego nogę aż po kolano.

— Najważniejsze, że kości całe i tętnica nie uszkodzona. А w batalionie medyczno-sanitarnym go wyleczą, tam nie takich z tamtego świata ściągali!

Podłożywszy pod rannego niemiecki płaszcz nieprzemakalny, żołnierze w pozycji leżącej usilnie pracowali rękami i nogami.

Obudziwszy się Niemcy uderzyli pociskami smugowymi ponad głowami czołgających się. «Amunicja smugowa» niczym rój świetlików odlatywała w czarne styczniowe niebo.

Od szarpnięć, którym towarzyszył ruch amatorskiej sanitarki, Pietrowicz odzyskał przytomność. Zresztą nie na długo: miała na to wpływ utrata krwi. Najbardziej w wyniku miny ucierpiała stopa.

Jakoś tak głupio wyszło z ta miną: niby chłopaki z saperki obiecali normalne przejście na szerokość metra, nie mniej, a nawet i tyczki postawili. Sam jest winien! Nie trzeba było się cackać z tym Fritzem i nieść go na sobie. Poczekaliby aż by przyszedł do siebie i zmusili do czołgania się na tyłach w swoim tempie. Ale nie dało się! Już dość boleśnie Nikołaj przyłożył wrogowi kolbą. Ileż to później zwiadowcy klepali «jeńca» po policzkach, starając się go ocucić, — bez skutku. Był zbyt wątły!

Nasączony krwią płaszcz Pietrowicza na mrozie zlodowaciał, stwardniał i szeleścił po śniegu jak dykta. Sanitarka przyspieszyła. Wolno, acz wiernie zwiadowcy zbliżali się do przedniego brzegu swej linii obrony.




Napięcie, długo obejmujące swymi szponiastymi łapami świadomość ciężko rannego, nagle uleciało, ustąpiło, darując oficerowi niebywałe odczucie lotu i entuzjazmu.

Gdzie on jest? Nad rzeczką! Z rozpędu, wstrzymując oddech, nurkuje w chłodnej głębi zatoczki. Świadomie wybucha: «Trzeba sprawdzić siatkę na raki». Raków jest dużo, otaczają go rosnąc, poruszając wąsami. Co się dzieje? Raki uroczyście przystępują do ucztowania, odgryzając kawałek po kawałku z ciała kąpiącego się. Duży rak (bez wątpienia wódz tej podwodnej zielonkowato-szaro-brązowej bandy) naprężył sie i oderwał solidny kawałek, odcinając stopę. Triumfując, podniósł szczypce wraz ze zdobyczą, wokół której zakwitły krwiste plamy.

W unieruchomioną nogę dosłownie dźgali błyszczącymi pikami. Gdzieś w pobliżu powinna być mama…

— Ma-mo!!! Mamusiu!!! Ratuj mnie-e-e!!!

Nie, on nie krzyczy. Z zaschniętego gardła wyrywa się jakiś taki ptasi klekot.

Mamy nie ma, а raki atakują. Zgrzytając stalowymi szczypcami, tną ciało na części.

Ból wciąż narasta. Czy to możliwe? Nikt nie jest w stanie znieść takiego cierpienia!

Usłyszawszy jęki dowódcy, zwiadowcy przestali się czołgać. Ten młodszy wydostał piersiówkę z rozcieńczonym spirytusem. Uniósł głowę młodszego lejtnanta i małymi porcjami, raz za razem, wlewał w usta rannego ognisty płyn.

Raki zaczęły się wycofywać. Nie, to nie raki. Wódz raków okazał się być gotującym się na ogniu kociołkiem. Czy nie kociołkiem? Zdaje się, Pietrowicz się poparzył. Pokręcił głową, odpychając manierkę. I stracił przytomność.




Im, wiejskim chłopakom, dorośli chętnie zawierzali nocny wypas koni. Napoiwszy konie na mieliźnie, chłopcy zostawiali je, by pasły się tutaj, nad brzegiem. Konie to mądre zwierzęta, nie trzeba ich pilnować. Jaka to była rozkosz: ziemniaczki pieczone w węglu, posypane dużymi kryształkami soli, chrzęst rozłamywanych rakowych pancerzy, za którymi kryło się delikatne mięso! Upajający zapach kwitnącej koniczyny rozchodząc się falami natrafiał na zgromadzonych przy ognisku wiejskich chłopców, а ultramarynę letniego nieba na wschodzie rozcieńczały delikatne barwy wschodzącego słońca.




Szczęście skończyło się od razu. Mama otrzymała pisemne zawiadomienie o śmierci. Piotra, jej męża i ojca Toli, zasypało w kopalni. Trzeba jechać, odebrać ciało.

Pieniądze na drogę trzeba było pożyczyć od bogatej sąsiadki, która później dostała ich dom. Dom — to dużo powiedziane. Zwykła wiejska chałupka. Piotr byle jak zbudował ją po ślubie. Poniewierając się i nie mogąc znaleźć odpowiedniej pracy w ojczystej wsi, zaryzykował i wyjechał do kopalni. Tam obiecali dobry zarobek.

Pogrzeb ojca Anatolij pamięta jak o smutny czas. Postać matki. Kobieta w czerni mocno zaciskająca suche wargi. Trumna okryta kumaczem. Przewodniczący kołchozu wygłasza mowę. W czterdziestym dniu — stypa.

I tak oto Tola i matka jadą na wozie, ciągniętym przez wiejską Martę. Ich droga wiedzie do pobliskiej stacji kolejowej.

We wsi, przed wyjazdem, trzymając cugle, okoliczny mechanik Iwan Kuźmicz namawiał młodą wdowę:

— Zobacz, Mario, może mimo wszystko zostaniesz? Piotra ci nikt nie zwróci, а maleństwo twoje zaadoptuję. Mnie pracowita gospodyni jest potrzebna! A i kobieta z ciebie postawna, młoda i piękna!

Maria patrzyła gdzieś w przestrzeń nieobecnym wzrokiem. Słowa Kuźmicza absolutnie do niej nie docierały. Świadomość wdowy skurczyła się, wydawałoby się, do wewnętrznego chrzęstu. Palce zbladły, jak u nieboszczyka.

Jak to się mogło tak stać z Piotrusiem? Ludzie mówili, że drewniane podpory nie wytrzymały, oberwały się. Zginęli wszyscy, którzy byli na sekcji. Mówili, że nie cierpieli: kostuszka zabrała ich od razu.

Przypomniała sobie o dużym płóciennym woreczku, pachnącym chlorem, z etykietką przy sznureczkach. Zdaje się, że tam były jego nogi. Doradzili jej, aby worka nie odwiązywać, а zmarłego pochować w zamkniętej trumnie.

Maria przypomina sobie jak podpisywała się na dwóch arkuszach. Na jednym — dotyczącym odbioru ciała, na drugim — odnośnie otrzymania wsparcia. Pieniążków tych ledwie na trumnę wystarczyło!




— Stój! Kto idzie? Będę strzelał!

— Swój!

— Hasło!

Zwiadowcy mówią hasło. Potem wyjaśniają:

— Dowódca plutonu, Pietrowicz, wszedł na minę. Do batalionu medyczno-sanitarnego ewakuujemy.

— Szkoda, młody chłopak!.. Mógłby żyć i żyć…

— Spokojnie, jeszcze żyje. Choć stracił dużo krwi podczas podróży.




Starając się nie bujać płaszczem przeciwdeszczowym, na którym leżał ciężko ranny, zwiadowcy zeszli do wykopu. Zgodnie z informacją dotarli do batalionu medyczno-sanitarnego.

— Co macie? — Podpułkownik szpitala polowego wyszedł zwiadowcom na spotkanie, zaciągając się skrętem. Jego kitel pokrywały brunatne plamy. Maseczka ochronna zakrywała połowę twarzy doktora.

— Odłamkowe, wszedł na PPM-kę!

Podpułkownik zmarszczył brwi. Surowym głosem, nie znoszącym sprzeciwu, nakazał:

— Szybko z rannym na nosze! Zabierzcie mu nagrody i dokumenty.

U dyżurnego zwiadowcy zarejestrowali ciężko rannego: Nazwisko, imię, patronimik, stopień, numer oddziału i pododdziału. Obaj ostatni raz spojrzeli na swego dowódcę.




Żołnierze w białych kitlach, narzuconych na płaszcze, chwycili nosze z Pietrowiczem i zniknęli wewnątrz szpitala polowego.

— Rozebrać! Przemyć rany! Dam znać, kiedy stół się zwolni! — Podpułkownik rzucił na żołnierzy zmęczone spojrzenie. — Spieszcie się, lejtnant na pewno stracił dużo krwi. Nie można zwlekać. Jak powiem — od razu na stół.




W szpitalnym pomieszczeniu było ciepło. Rany ponownie przypominały o sobie pulsującym bólem. Pietrowicz usłyszał własny jęk. Ruszając ledwo spuchniętym językiem, zaświstał:

— Wody, bracia…

Jeden z pielęgniarzy, strzępiący nożycami płaszcz i bluzę, swej czynności nie przerwał. Po wodę pobiegł inny.

— Przed operacją nie należy zbyt wiele wody, — wyjaśnił Pietrowiczowi.

Wilgotną gazą zmoczyli mu wargi i wlali do ust kilka stołowych łyżek wody.

On zaś leżał na operacyjnym stole nagi, przykryty tylko króciutkim prześcieradłem. Z ran na brzuchu i w pachwinie zmyli zastygłą krew, po czym nie okazały się one takie straszne. Jednakże lewa noga… Sinicowa, z toksyczną zielenią, pokryta paskami zwisającej z podudzia skóry, porażająco kontrastowała w stosunku do nogi prawej, czystej i białej.

Podpułkownik zmrużył oczy.

— Gangrena! Z odmrożenia? Bez znaczenia. Tkanki obumarły. Narzędzia gotowe, będziemy amputować. Znieczulenie… Dajcie mu szklankę rozrzedzonego spirytusu. Zwiążcie ręce. W usta włóżcie kijek, inaczej szkliwo popęka.

Szklanka spirytusu od pielęgniarki zrobiła swoje.

Zapach kobiecych włosów, które dotknęły policzków, zapach zdobycznych perfum przypomniał mu jeden szalony czyn, za który, jeśli wziąć pod uwagę prawa czasów wojennych, jego, dowódcę plutonu, snajpera, zwiadowcę, nagrodzonego dwoma medalami «Za odwagę» i medalem «Za zasługi wojenne», należałoby zdegradować do szeregowca i pozbawić odznaczeń, а nawet rozstrzelać…




Przewijając tą scenę setny raz w głowie, zwiadowca zadawał sobie pytanie: skąd się tam wzięła kobieta z wózkiem? A w wózku spokojnie pociągało na nosku dziecko…

Nie zastanawiając się, wypracowanym ruchem lewej ręki Pietrowicz zatkał Niemce usta, а prawą wyszarpnął НР-40 (nóż zwiadowcy), przygotowując się, by jednym ruchem podciąć jej gardło. I tu jego wypracowany ruch, opanowany do perfekcji, coś dosłownie wstrzymało. Delikatność kobiecej skóry, bliskość ciała — to właśnie to.

Następnie zabrał nóż nóż i, niczym chłopczyk, wbił się w bezbronną żeńską potylicę, wdychając upajający zapach włosów. О, dokładnie tak pachniała nauczycielka języka niemieckiego w 6 klasie, Amalia Rudolfowna Wagner!

Pewnego razu, wykonując zadanie przy szkolnej tablicy, Tola napisał kredą: «Der Bleistift», ołówek po niemiecku. Amalia Rudolfowna podeszła do niego całkiem ale to całkiem blisko, pogłaskała po policzku i z radością powiedziała: «Gut! Sehr gut, Anatol!» On ledwo co nie stracił przytomności od tembru jej głosu, od dotyku jej ręki, od zapachu włosów, śnieżnobiałej bluzeczki i koronkowego żabotu. Chwiejąc się, chłopak, niczym ślepy, nie patrząc na boki, wrócił do ławki, nie słysząc śmiechu kolegów. Rozbrzmiał dzwonek. Wrzuciwszy podręczniki do teczek, uczniowie wyskoczyli na przerwę.

W korytarzu odbyło się teatralne przedstawienie. Po lekcjach niemieckiego każdy chłopiec uznał za swój obowiązek podejść do Toli i pogładzić go po policzku. A następnie oznajmić z nauczycielską intonacją: «Gut, Anatol, sehr gut!»

Dalej niż pozostali posunął się Sania Konoszenko. On wtykał w pierś Toli palec, powtarzając: «Pieprzony kołek, pieprzony kołek, pieprzony kołek!» I ta osobliwa krytyka doprowadzała kolegów do nieopisanego zachwytu.

Jednakże typków pokroju Sani poskromić Tola potrafił. Krótkim uderzeniem pod żołądek zmuszał on sprawcę obelgi do milczenia. Ten zginał się i upadał na podłogę.




Wózek z dzieckiem odtoczył się i zatrzymał przy latarni. Ręce snajpera konwulsyjnie szperały po damskiej odzieży. Gdzie te diabelskie zapinki, haczyki, guziki… Męska natura, stęskniona przez trzy wojenne lata kobiecej pieszczoty, wybucha z taką siłą, że Pietrowicz stracił nad sobą kontrolę. Kierował nim teraz tylko i wyłącznie instynkt samca. Zwiadowca zdarł na koniec z Niemki odzież.

Kiedy było po wszystkim, usiłował zebrać resztki zamroczonego rozumu. W tym momencie na sąsiedniej ulicy grzmotnął pojedynczy strzał, następnie drugi. W odpowiedzi padła seria z automatu. To ocuciło wojskowego.

Pomógł kobiecie się ubrać, podał rozrzuconą po chodniku bieliznę. Oficer palił się ze wstydu i był z siebie dumny jednocześnie… Broń! Pietrowicz podniósł rzuconą w przypływie namiętności PPSz-kę i wreszcie odzyskał oblicze dowódcy plutonu.




Transporter chirurgiczny w szpitalu nie zatrzymywał się ani na minutę. Skrzynka po 30-milimetrowych pociskach, pełniąca funkcję kontenera na amputowane kończyny, była pełna z kopką.

Rankiem, obchodząc rannych, podpułkownik pomocy medycznej zatrzymał wzrok na śpiącym młodszym lejtnancie. Na tym samym, któremu wczoraj amputowano stopę. Oficer uśmiechał się we śnie.

«Na pewno nie wyszedł jeszcze z narkozy», — pomyślał lekarz.

— Niech śpi, kikut później sie obrobi, — zarządził podpułkownik.
Made on
Tilda