Ałtajski Dekameron
— Aleks, nie goń gęsi! — Liza schwyciła mą rękę, która uparcie właziła jej pod sweter. — Mieszkam w akademiku, młody specjalisto-zootechniku… Ty z Basilem czort wie gdzie, na jakiejś pipidówie… Od was tam ciężko wrócić, a i farbą śmierdzi — ręce opadają! Nie odpoczniesz. Jedźmy lepiej na weekend do mojej ciotki do Alejska. Pałaców nie obiecuję, ale za to nikt nam przeszkadzał nie będzie!

Poznałem się z Lizą na stołówce pracowniczej zarodowego farmera-milionera, gdzie mnie, moskiewskiego artystę-projektanta, wraz z moim amerykańskim kumplem Basilem, w świecie Wasilijem Łapinem, rzucił los. A mówiąc dokładniej, to przed samą demobilizacją pisaliśmy listy do wszelkich możliwych komitetów miejskich i komitetów obwodowych partii naszej nieogarnionej Ojczyzny, w których informowaliśmy, że «grupa moskiewskich artystów-projektantów gotowa jest przyjechać do waszego obiektu w celu wystroju pałaców kultury, zarządów kołchozów, sklepów i szkół».

Ja i Basil kończymy komplet bilbordów twórcy komunizmu w jednym kołchozie, otrzymujemy na to niemałe pieniądze i przenosimy się do innego. Tak pracujemy juz drugi rok. Gwiazdą przewodnią jest dla nas rekomendacja trzeciego sekretarza komitetu obwodowego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, który za agitację odpowiada.

Nasz dzień roboczy wraz z przerwą na obiad trwa około 10-12 godzin. Wieczorem, wystroiwszy się, idziemy z Basilem szukać przygód dla dolnej części ciała. Prościej mówiąc, idziemy potańczyć.

Liza od razu przykuła moją uwagę: krótka fryzura «Gavroche po rewolucji», indyjska dżinsowa kurteczka, jasnoczerwone dzianinowe rozkloszowane spodnie, przyjemne krągłe biodra i niemały biust czyniły ją niezwykle uwodzicielską. Faceci wili się wokół niej zapraszając do tańca lub okolicznej kawiarni, lecz ona odmawiała. Zdziwieni odchodzili, znacząco kręcąc palcem po skroni.

Liza wiedziała: jeśli jej Kartagina upadnie, to następnego dnia dowie się o tym cała okolica.

— Faceci języka za zębami nie utrzymają… la-la-la! Mogą gadać, — wyjaśniła swą postawę Aleksowi.

…Sobotni autobus jest przepełniony, ale udaje nam się zająć miejsca siedzące przy oknie. Chwyciwszy się za ręce, z zadowoleniem oglądamy przewijającą się za oknem taśmę filmową zimowych pejzaży.

Liza kolejny juz raz poprawia mi szal, który jakoby wyskoczył spod kołnierza kożuszka wojskowego (kupionego potajemnie w sklepie na osobiste polecenie dyrektora państwowego sowchozu). Zapina guziki na mankietach mojej koszuli, całą swą postawą pokazując, że ja — jestem jej mężczyzną, i ona nie zamierza się mną z kimkolwiek dzielić. Mnie to rusza i podejmuję kolejne bezskuteczne próby dostania się głębiej, do najdroższych Lizy krągłości.

— Co ty Aleks, zwariowałeś? Ludzie są dookoła! Zobacz! — syczy Liza. Widząc moje nadąsane oblicze, łagodnieje i gładzi mnie po ręce. — No wytrzymaj, już niedługo, już dojeżdżamy.

W czasach Związku Radzieckiego przedmieścia Alejska niczym nie różniły się od zwykłej wiejskiej osady. Chałupy, dziwnie przyklejone do siebie, i malutkie przyzagrodowe działeczki po sześć akrów (nie daj Boże jak się gospodarze wzbogacą!).

W miejscowy sklepie kupujemy produkty, flaszkę.

— Trzeba cioci jakiś podarunek kupić, inaczej się obrazi, — uprzedza Liza.

— A co lubi? — zastanawiam się.

— Coś z gospodarstwa domowego…

Kupuję zestaw kuchenny składający się z deski do krojenia i przyborów kuchennych pomalowanych na wzór Chochłomy.

Ciocia wpuszcza nas do gorącej izby. Prezent wywołuje u niej radość.

— Lizuniu, nasmażyłam kotletów. Kapuśniak w piecu, co by nie ostygł… Rządź tutaj, młodziana nakarmić trzeba, а ja do sąsiadki uciekam, telewizję oglądać! — I zniknęła ciocia za drzwiami.

Zostajemy sami! Nie wytrzymuję i wsuwam zimne ręce pod sweter. A tam gorąco. Dłonie szybko odnajdują obiekt pożądania…

Liza jakoś od razu mięknie, napięcie ostatnich dni opuszcza ją. Pozwala zanieść się na ogromne łóżko cioci z ogromnymi metalowymi kulami na chromowanych rurkach i ciepłą pierzyną.

Ubrania w jakiś cudowny sposób same spadają. Przytuliwszy sie do siebie, próbujemy rozgrzać zziębłe części ciała.

— Aleks, masz chłodną pupkę, — kokietuje Liza.

— Za to twoja jest gorąca… Daj się ogrzać. — I jeszcze mocniej przytulam się do niej.

— Grzej się! — cieszy się Liza.

W końcu przenikam we wszystkie tajemne miejsca miej ukochanej.

— Boże, Aleks, jak cudownie! — stęknęła dziewczyna.

Nie wytrzymuje i zaczyna pojękiwać, wzdrygając całym ciałem od narastającej rozkoszy! Tracąc poczucie czasu i rzeczywistości, przenikamy do ułudnego świata marzeń i snów.

Ocknąwszy się w absolutnie ciemnej izbie, staramy się zrozumieć, jak długo spaliśmy.

— Aleks, jestem głodna! — Liza zeskakuje z łóżka. Zupełnie naga, idzie do kuchni.

Ja zachwycam się jej wspaniałą figurą, przypominającą wykonane z brązu obnażone wieśniaczki francuskiego rzeźbiarza Aristide'a Maillola. Jego prace w Muzeum im. Puszkina poraziły mą wyobraźnię w czasach szkolnych.

Jasne światło lampki z pomarańczowym abażurem nadało pokojowi przyjemny czerwony odcień.

— Aleks, próbowałeś solonych arbuzów? — intrygująco pyta Liza.

— Oczywiście, że nie, skąd je wezmę w Moskwie?

— Teraz zrobimy! — z nutką wyższości odpowiada dziewczyna.

Nakłada na gołe ciało mój sweter, równocześnie wsuwając nogi do krótkich butów, znalezionych tutaj, przy piecu.

W przedsionku nieludzkie zimno, beczki z marynatą nieco pokryte śniegiem. Odnalazłszy właściwą beczkę, Liza przy pomocy ogromnej drewnianej chochli chwyta arbuza, podobnego do niedorozwiniętej piłki, i kładzie go na stół.

— Leśniczku, ucztujemy!

Ona nakrywa okrągły obiadowy stół, pomarańczowym słońcem przyozdabiając pokój cioci, krojąc arbuza na kawałeczki i kładąc go na talerzyku.

Ja nalewam do kieliszków chińską wódkę ryżową zakupioną w sklepie. Butelka przyciągnęła moją uwagę swą jaskrawą etykietą.

— Za co pijemy, Lizunia? — jestem ciekaw.

— Za miłość, oczywiście!

Wódka ma nieznany wstrętny smak, lecz to w żaden sposób nie przeszkadza nam w wypiciu jej do końca, wygłaszając coraz to nowsze toasty za miłość!

Skończywszy kolację, znużeni, leżymy w łóżku cioci.

— Jesteś wspaniały, Leśniczku. Masz kogoś w Moskwie?

— Oczywiście, że nie. Niedawno wyszedłem z wojska, jeszcze nie zdążyłem…

— A będziesz mnie zdradzał?

— Lizunia, no co ty!

— A nic!

Zeskoczyła z łóżka i zaczęła grzebać w komodzie cioci.

— Gdzież to jest, no gdzie?.. O jest, znalazłam! Zobacz, Leśniczku na co wymieniłam w technikum butelkę koniaku z pedagogiem w Bijsku!

Liza otwarła płaskie metalowe pudełko i pokazała mi jego zawartość.

Kleszcze, skalpele, świdry, imadło i inne średniowieczne narzędzia tortur błyszczały we wnętrzu metalowej szkatułki.

— Aleks, prawda, że fajne?

— Zestaw młodego sadysty o skłonnościach maniakalnych!

— Nie, Leśniczku, to zestaw narzędzi do kastracji zwierząt domowych, — milutkim głosikiem odpowiedziała Liza.

— А sznur to po co?

— Pokazać ci ? — Ożywiła się.

— No pokaż! — palnąłem nie pomyślawszy.

Jej oczy drapieżczo błysnęły…

— Leż i nie ruszaj się, kochany!

— Słucham, moja Droga!

— Z praktyk zawsze miałam «piątki»… Knur nawet nie wiedział, kiedy go związałam… Tak jak ciebie, na przykład!

I ze zwycięskim wyrazem twarzy oglądała swą pracę.

Robota została wykonana dobrze. Czułem się jak Guliwer z bajki Jonathana Swifta, ze zawiązanymi przez sprytnych Liliputów rękami i nogami.

— Lizunia, coś ty wymyśliła? Rozwiąż mnie, szybko! — Starałem się mówić spokojnie, lecz głos zdradliwie drżał.

Liza była w amoku. W jej ręce błysnął skalpel…

— Pokażę ci, Aleks! Jedną ręką należy chwycić mosznę…

Wszystko we mnie zamarło, kiedy poczułem, że moja męskość znajduje się w silnej lewej ręce Lizy.

— I szybkim ruchem skalpela należy wykonać dwa boczne nacięcia, z prawej i lewej strony…

— Lizunia, po co się nachylasz? Nie rób tego, proszę cię…

Łzy malutkimi strumykami popłynęły po moich policzkach.

Liza triumfalnie uśmiechała się. Prymuska, kurcze!

— Dalej dużym i wskazującym palcami trzeba koniecznie chwycić kanalik nasienny i…

Wojowniczo podniosła prawą rękę, w której wdzięczyły się ogromne kleszcze z dużym chwytakiem i pokręciła mi nimi przed nosem.

— Aleks, wiesz co to jest?

— A skąd!

— To emaskulator, takie diabelstwo, które początkowo zaciska jądra, а potem je obcina… Zostaje tylko posmarować jodyną i założyć szwy.

Przestałem się już szarpać, ponieważ mocny jedwabny sznur wcinał mi się w skórę i chciał ją przeciąć aż do samej kości. Świadomość była gotowa mnie opuścić. Prosiłem Boga, aby ten koszmar jak najszybciej się skończył…

Stuknęły drzwi wejściowe.

Ciotka wróciła. Chwałą Bogu!

— Lizunia, konfitury wam przyniosłam, truskawkowe, sąsiadka dała. Wstawajcie, zjemy razem wieczerzę…



Moskwa, 06.02.2018

Made on
Tilda